Korea, część 4, ostatnia

lipiec 17, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Żeby zakończyć czymś pozytywnym – kilka luźnych impresji na temat Seulu. Smacznego.

Pałac Królewski Kyongbokkung

Pałac Królewski Kyongbokkung

Kyongbokkung

Kyongbokkung, ok.1394 r., dynastia Dzoson

Jeden z najokazalszych pałaców dynastii Dzoson był przez ponad 200 lat największym ośrodkiem władzy królewskiej. A później przyszła zawierucha wojenna i pałac został w przeważającej części zniszczony.

Kompleks Świątynny 1

Kompleks Świątynny 1

Kompleks Świątynny 2

Kompleks Świątynny 2

Zakochałam się w tradycyjnych malowidłach. Kolory, których niestety nie oddają zdjęcia, są niesamowicie piękne.

Kompleks Świątynny 3

Kompleks Świątynny 3

Byłyśmy same wśród starych budowli świątynnych ukrytych w skałach jednego ze wzgórz otaczających Seul.

Ceremonia

Ceremonia

Przeszkodziłam.

Przyjaciele Burzowej Pogody

Przyjaciele Burzowej Pogody

Maksymalnie słodkie.

Jeden Taki Wieczór

Jeden Taki Wieczór

Stacja Hong-ik, Home Bar, cudowna muzyka, wspaniały klimat i świetne drinki. Z Mali.

Korea, część 3

lipiec 17, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Napisałabym więcej o Korei, bo jej się należy, bo bardzo polubiłam i uważam, że warto. Ale sił brak i wspomnienia się trochę zatarły (tzn. są dokładnie zapisane “w umyśle i sercu/ na ślubnym kobiercu”, ale trudno by mi było tak chronologicznie, co i jak, jakie odczucia i w ogóle. Przepraszam. Część 3 będzie o wycieczce do strefy zdemilitaryzowanej, pod granicę z Koreą Północną.

To miał być główny punkt naszej “wyprawy” do Korei Południowej. Chciałyśmy zobaczyć, jakby mogło wyglądać nasze życie, gdyby rok 89 nie przyniósł żadnych zmian. Być może wyglądałoby ono aż tak dramatycznie jak w przypadku obywateli (czy raczej niewolników) Korei Północnej, ale pewnie o podróży poza granice kraju mowy by nie było, i o “złej zagranicy, gdzie ludzie egzystują na granicy ubóstwa, zjadają siebie nawzajem i mają ogony” dowiadywałabym się z “podręczników” i innych oficjalnych, “jedynie poprawnych” publikacji. Tak właśnie wygląda propaganda polityczna w Korei Północnej. Na granicy znajduje się miasteczko propagandowe, które ma służyć “przegranym” z Korei Południowej za przykład tego, co by zyskali, przekraczając Most Bez Powrotu. Ta strefa ustanowiona 1953r., kiedy wojska obu stron zgodziły się na wycofanie 2000m wgłąb swoich krajów, to 241km tylko pozornego porozumienia.

The USO Panmunjom tour ma pomóc ludziom zrozumieć sytuację tych syjamskich państw. Ma sprawić, że poznamy problemy ludzi żyjących w tych dwóch światach, ludzi, którzy kiedyś stanowili jeden naród. Tak przynajmniej obiecywały ulotki. Już początek nie wróżył nic dobrego. Stawiłyśmy się w bazie USO o 7.30 rano, wyjazd do oddalonej o godzinę od Seulu strefy zaplanowany był na 8.15. Polka, Czeszka i Włoszka. Resztę uczestników stanowili Amerykanie – rodziny stacjonujących w Korei żołnierzy i turyści z Australii i Niemiec. Każdy z nas otrzymał plan “wycieczki”, plakietkę przedstawiająca Myszkę Miki w wojskowym uniformie (napis głosił, że wspomagamy armię amerykańską (?!) oraz…cukierka, jeśli się miało ochotę (pełna abstrakcja). Po wejściu do autokaru zaczęły się rozmowy na temat miejsca, które mamy “zwiedzać”. Jakoś się nie zdziwiłam, słysząc rozmowę amerykańskiego małżeństwa, która przebiegała mniej więcej tak:

Żona (zatroskanym głosem): “Nie wiedziałam, że Korea ma nadal takie problemy polityczne”.

Mąż (śmiejąc się nerwowo): “Ja w ogóle nie wiedziałem, że ma jakiekolwiek problemy!”

Jeśli ten program naprawdę w jakikolwiek sposób wpłynął odrobinę na ludzi, którzy w nim uczestniczyli, byłabym szczęśliwa. Ignorancja, z którą czasem się spotykamy, przeraża.

Później było trochę dziwnie. Po dotarciu na miejsce zostaliśmy zgromadzeni w pomieszczeniu, które przypominało salę kinową. Zapoznano nas z historią projektu DMZ, z jednostkami tam stacjonującymi i z codziennymi obowiązkami żołnierzy koreańskich i amerykańskich, jak i niebezpieczeństwami na nich czyhającymi. Wręczono nam plakietki potwierdzające nasz oficjalny status ‘turysty’, uczestnika ciekawskiej ferajny zorganizowanej przez USO.

Wesoły autobus ruszył dalej.

Bridge of No Return

Bridge of No Return

Jak zgrabnie przetłumaczyć to na polski? Ukaszu-san, pomożesz?

Te 241 km jest prawdopodobnie najbardziej strzeżona granicą na świecie. A to most wyboru. Tzn. “pozornego” wyboru, jak wszystko zresztą w tym rejonie – wszystko jest umowne, na słowo, wojna teoretycznie może wybuchnąć w każdej chwili. Jeśli zdecydujesz sie przekroczyć ten most (z Korei Południowej do Północnej), nie możesz wrócić. Jeśli chcesz się dowiedzieć co dzieje się z rodziną, którą zostawiłeś uciekając (czasami się udaje wyrwać z tego piekła) lub byłeś jednym ze szczęśliwców, którym w ramach pokojowych rozmów zezwolono na przejście na drugą stronę, jednak w “tamtej” rzeczywistości, ale na “tamtym” świecie zostawiłeś przyjaciół i całą swą przeszłość, nie możesz wrócić. Ryzykujesz nie tylko wolność. Przeważnie stawką jest życie. Zainteresowanych tematem proszę o poświęcenie kilku minut na przyjrzenie się problemowi Korei (i nie tylko) na stronie: http://www.pomagamy.pl/niusy/korea_polnocna_egzekucje_na_uchodzcach_nachrichten.htm

Propagandowe Miasteczko

Propagandowe Miasteczko

To propagandowe miasto nie żyje. Jest jak tekturowa atrapa w studio Hollywood. Początkowo płacono ochotnikom, którzy zgodzili się zamieszkać w jego białych murach, później zrezygnowano nawet z tego. Ten szkielet ma za zadanie świadczyć o tym jak normalne i przyjemne jest życie w Korei Północnej, a jej obywatelom nie brak niczego. Ot, taka utopijna wizja wodza, w którą i tak nikt nie wierzy.

Za zdobycie flagi z tego masztu “po stronie przeciwnika” wyznaczono 1 000 000 USD nagrody. Jest ktoś chętny?

Rogatka

Rogatka

Żołnierz koreański na posterunku.

Niedaleko znajduje się budynek, w którym stacjonowali niegdyś żołnierze polscy.

ZOO

ZOO

“Przewodnik” sypał żartami niemal bez przerwy i słoneczne promienie marcowego poranka odbijały się w bielutkich uśmiechach wesołej gromadki. Dziwnie tak powiem Wam. Czułam się nieswojo, stojąc tam, będąc jedną z tych, którzy przyjechali poobserwować z bezpiecznej odległości (nie przekracza się wyznaczonego pasa, który chroni przed kulą przeciwnika) jak to jest po tamtej stronie, gdzie ludzie żyją jak zwierzęta i umierają gorzej od nich, gdzie życie ludzkie nie ma żadnej wartości. Miałam wrażenie, że dla niektórych z nich to kolejna wycieczka, zdjęcia z której włoży się do albumu zaraz po zdjęciach z Disney World.

Nie spoglądaj w stronę żołnierzy Korei Północnej

Nie spoglądaj w stronę żołnierzy Korei Północnej

Oczywiście o jakichkolwiek próbach kontaktu (słownego, wzrokowego) z żołnierzami Korei Północnej mowy być nie może. A żołnierze pełnią wartę częściowo schowani za budynkiem, gdyż, jak uczy historia, nawet traktaty, pakty, ani żadne podpisy nie chronią przed nieoczekiwanym atakiem (incydent taki miał miejsce).

Na koniec zwiedzaliśmy tunel, który został odkryty przez Koreę Południową w latach70′, a ostatni w 90′. Wojsko Korei Północnej rozpoczęło budowę kilku tuneli, którymi planowało przedostać się w rejony Seulu i stamtąd rozpocząć inwazję. Cały czas trwają poszukiwania kolejnych.

Cały program zakończył propagandowy film (tym razem propaganda Korei Południowej) ukazujący historię wojny koreańskiej i przyszłość podzielonego narodu, który w końcu doczeka się zjednoczenia. Być może był to dość naiwny obraz, ale na pewno chociażby ze względu na to, że horror tych ludzi (ponad 20% społeczeństwa Korei przed podziałem) trwa nadal, salwy śmiechu w wykonaniu obywateli amerykańskich wprawiły mnie w osłupienie. Ogólnie, to pomyślałam sobie jedno: banda X (tu wstaw słowo wg własnego uznania).

O Brzydkim Buddzie, Magicznych Numerkach i Wściekłych Karpiach

lipiec 17, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Ushiku 15 km – napisano na tablicy przy drodze nr 408. 15 km to pestka, więc postanowiłam wybrać się zobaczyć największego Buddę Japonii na moim jednobiegowym Bridgestonie (to już 3 rower z kolei, 2 poprzednie mi skradziono;). Wczoraj odbyło się “ekskluzywne” party w parku Matsumi z międzynarodowym towarzystwem mieszanym i zdaje się, że zostałam dłużej niż planowałam, bo cholernie ciężko było mi rano opuścić mój chłodny “apartament”. Dzień zapowiadał się idealnie na krótki rowerowy wypad- serwis AccuWeather zapewnił mnie, że nie mam się co martwić o poparzenie słoneczne, a i deszczu nie muszę się obawiać. Idealnie. Wyruszyłam o 10:00 i po godzinie minęłam tablicę z informacją, którą można przetłumaczyć dosłownie na coś w stylu “Ushiku wita Cię z jej wodami i przyrodą” – ciekawie. Minęłam rozjechanego kota (pierwszy rozjechany kot, jakiego mi przyszło widzieć w Japonii, dlatego postanowiłam o nim napomknąć;), 3 serwisy samochodowe, 4 brygady robotników zajmujących się doprowadzeniem pasa zieleni między jezdniami do stanu, w którym znajdował się pierwotnie i po 15 minutach dotarłam do centrum Ushiku, gdzie postanowiłam spytać o drogę. Padło na z wyglądu sympatyczną starszą panią, która podlewała kwiaty w przydomowym ogródku. Na pytanie jak stąd dostać się do Buddy, usłyszałam: ああ。大仏様は遠いですね。自転車で?!どこから?Że jak niby? Jak to “daleko”? Cóż, dopiero teraz mnie oświeciło (satori, satori), że jak coś się nazywa 牛久大仏, to wcale nie znaczy, że jest w 牛久, ale że może gdzieś w pobliżu, sąsiedztwie tego przeciętnej wielkości miasta. Oby w bliskim sąsiedztwie…

Podziękowałam i ruszyłam w dalszą drogę. Po 20 min ukazał mi się banner z kamienną twarzą Buddy i napisem, że do celu brakuje mi kolejnych 9km. “Troszku” się dziecko zdenerwowało, bo 15 km a 24 km to różnicę jednak robi (popołudnie miałam spędzić w Liberty, pomagając w dekoracji szkoły na wakacyjne zajęcia) a i jak zwykle nie trafili z prognozą pogody i z minuty na minutę robiło się coraz bardziej gorąco, a ja powoli zaczęłam przybierać wygląd homara. Droga była zawiła, ale urozmaicona – a to wzniesienie, a to bambusowy las, a to znów jakiś mały rodzinny cmentarz buddyjski. Słowem wesoło- ptacy śpiewali, komary kąsały i wszystkim było radośnie.

Wreszcie, po 2 godzinach jazdy (zrobiłam sobie przerwę w bambusowym lesie, bo bardzo je lubię :), dotarłam na miejsce. Najpierw oczom mym ukazały się masywne plecy 120 metrowego posągu. Im bliżej do celu, tym brzydszy sie mi wydawał. W końcu stanęłam naprzeciw niego i ujrzałam pięknego księcia Shakamunjego, którego podstepnie zamieniono w niezbyt sympatycznego giganta z brązu o nieprzystępnym wyrazie twarzy. No, ale jest jednym z największych na świecie (2 lub 3) i to się liczy, czyż nie? Budda z Kamakura (14,9 m) zmieściłby się w jego dłoni (18 m), ale to właśnie ten siedzący Budda ze świątyni Koutokuin z 1252 r. bardziej przypadł mi do gustu.

bambusy

Dom latających sztyletów

Budda Amitaba

Budda Amitaba

Amitaba, czyli “Bezmierny Blask”, Budda Czystej Krainy, Czerwony Budda Zachodu w mandali dhajnibuddów, mistrz rodziny, to jedno z 5 Nagromadzeń, składających się na buddyjski model osobowości. Cytuję za http://www.buddyzm.pl: “Nauki o pięciu nagromadzeniach czyli skandhach opisują całą złożoność aspektów, które stanowią o osobowości. Rozpoznanie tych poszczególnych aspektów prowadzi do przeciwdziałania silnym wewnętrznym nawykom, które nakazują nam traktować osobę jako niezmienne ja. Owe nawyki są podstawową przyczyną ponownego odradzania się w kręgu uwarunkowanej egzystencji i związanego z tym cierpienia. Ponieważ wierzymy w niezmienne „ja”, przywiązujemy się do określonego obrazu siebie, przez co powstają kolejne fałszywe poglądy i przeszkody. Jeśli zrozumiemy, że to wyobrażenie jest tylko nawykowym uproszczonym myśleniem, odkrywamy olbrzymie bogactwo w nas samych i innych.”

Poczytaj mi, Mamo

Poczytaj mi, Mamo

Jestem największy! Ha!

Szalone Karpie

Szalone Karpie

U stóp Buddy znajduje się niewielki ogród z małym stawem, w którym królują szalone karpie. Za 100 yenów można kupić pokarm dla ryb, dzięki któremu zobaczymy jak z pozoru spokojne karpie zamieniają się w karpie D1000 – szybkie, skaczące ponad poziom wody, jak łososie walczące z prądem rzecznym w drodze na tarło;)

Instrukcja

Instrukcja

Jak podziwiać piękno ogrodu.

Kosmos

Kosmos

A to, co widzimy po wejściu do Buddy – Mini Budda, który wygląda jakby właśnie w strumieniu światła opuścił swój kosmiczny pojazd ( żadna/(żaden?) Mahajana czy Hinajana – po prostu UFO).

Buddyjskie DNA?

Buddyjskie DNA?

Jaką interpretację tej niezwykłej instalacji odpustowo-diodowej proponujecie?

Nie dotykać Buddy

Nie dotykać Buddy

Pewnie, że chciałoby się chociaż za stopy chwycić:)

Bob Budowniczy

Bob Budowniczy

A to, co najbardziej się mi w tym całym futurystycznym kompleksie religijnym podobało- zdjęcia przedstawiające jak powstawał Olbrzym.

Jest OK

Jest OK

Moje ulubione foto.

Simsalabim! Sezamie otwórz się!

Simsalabim! Sezamie otwórz się!

Są ich setki, tysiące!

Kamakura Daibutsu

Kamakura Daibutsu

Ja wolę tego pana.

Wpierw satori, potem nirvana, ale przede wszystkim medytacja!

Wpierw satori, potem nirvana, ale przede wszystkim medytacja!

Pół roku temu.

Uważaj,grasujące Martyny w okolicy

Uważaj, grasujące Martyny w okolicy

Dzisiaj.

Wyglądam jak pomidor. Nigdy nie ufajcie serwisom pogodowym!

Pozdrawiam i ściskam!

Komu bije dzwon?

lipiec 6, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Dzieci zaszalały. Umęczone wakacyjną bezczynnością, temperaturą przekraczającą ludzkie pojęcie i wilgotnością powietrza na poziomie 85%, postanowiły zadać ostateczny cios zdrowemu rozsądkowi. Nic nie daje ci takiego poczucia umysłowej ociężałości, która usprawiedliwia wszelkie dziwactwa, ale także wolności od wszelkich norm estetycznych i moralnych jak puri-kura. No i takie są tego rezultaty:

Ponieważ Ema wraca do swojej sycylijskiej utopii w poniedziałek.

I jeszcze, że jest 19:27, słońce zaszło za horyzont, a mimo to masz wrażenie, że ktoś przełączył opcję ‘klimat’ na ‘efekt cieplarniany’.

I że nic tak nie robi dobrze duszy jak zabawa w japońską dziewczynę.

Houk!

Sore de kore wa owari desu.

lipiec 2, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Hop, hop. Nadal żyję. Natura zawiodła i wystrychnęła sejsmologów na dudków. Dzięki jej opieszałości mogłam “spokojnie” dokończyć mój trzeci (a oficjalnie pierwszy w nowym roku) trymestr akademicki. Obyło się bez herbatek z melisy i nadpobudliwości psychoruchowej spowodowanej ogólnym rozdrażnieniem i nadużywaniem kawy. Ale tradycyjnie kilka nocy “zawaliłam” – to chyba taki “stały element gry” w życiu studenta, prawda?

W ramach “Dziś los na loterii niespodziewanego szczęścia wygrywa…Martyna!” zdałam kosmiczny test z moich ulubionych zajęć profesora Kleinschmitta i nie musiałam głowić się nad pracą pisemną. Ha! Chociaż i to nie byłoby większym problemem, bo zajęcia z tym łysiejącym, starszym panem, który jest autorem kilkudziesięciu rozpraw na przeróżne tematy (od plemion afrykańskich począwszy a na XVII-wiecznych ‘bayonets’ skończywszy), to była więcej niż przyjemność. Jednak tylko ryuugakuseie i wyjątki narodowości japońskiej były w stanie tę przyjemność ścierpieć przez 3 godziny z rzędu.

Być może w świetle wszystkich poprzednich postów, w których zwykłam zrzędzić, utyskiwać na to, co się tutaj dzieje, zabrzmi to zaskakująco – będzie mi ciężko wyjechać. Powinnam przeredagować wcześniejsze wpisy. Pisałam zawsze pod wpływem jakichś negatywnych doświadczeń, w ciągu dni, kiedy ani na moment nie przestawało padać, a prawda jest taka, że wcale nie było źle. Jeśli spojrzy się na to z perspektywy nauki i studiów- ok, żadnych cudów na kiju, system nauczania w Japonii leży i kwiczy, wszystko jest zorganizowane jak armia pruska, a w sumie rezultaty tego drylu nikłe. Ale z drugiej strony- spójrzmy prawdzie w oczy- wzięłam dziekankę, z jakiej racji miałabym się zaharowywać, skoro psu na budę potrzebne są oficjalne wyniki, punkty, kredyty, oceny, czy jakby tego nie nazwać. Wszystko, co robiłam, starałam się wykorzystać maksymalnie dla siebie. Zajęcia z wydziału sztuki dały mi tyle przyjemności, że starczyło na pokrycie strat moralnych poniesionych w czasie niektórych zajęć z japońskiego.

Japońskie znajomości (takie fest- odwiedziny u rodziny, wspólne obiadki, puci-puci z dziećmi) pojawiły się zaledwie 1,5 miesiąca temu i teraz nadganiam cały stracony czas. Ale to, co wcześniej wydawało mi się niemożliwe, w jakiś naturalny sposób stało się dostępne. Mam jeszcze miesiąc i 23 dni, żeby się tym wszystkim nacieszyć. Niby trochę czasu jest, ale prawda jest taka, że teraz, kiedy chciałabym móc go momentami zatrzymać, upływa jak szalony.

Kilka fotek z wczorajszego “ostatniego pożegnania”. Trochę smutnawo mi się robi na myśl, że prawdopodobnie nigdy w życiu nie będę miała okazji, by spotkać się z tymi ludźmi. Ale ok. Nie da się zatrzymać całego świata dla siebie.

najlepszy wydział na uniwersytecie i jego najlepsza załoga.

Jens w kosmosie. Plakat promocyjny Jensa w ramach próby dostania się na pokład wahadłowca w programie JAXA.

Pierwszy Japończyk, z którym udało mi się ‘porozmawiać’, i tak jakoś zeszło na koleżeństwo drogą naturalną… Yoshiki, Jens robi za tło.

Nie pora na krówki i koniki, ale Jens wylatuje jutro o 6.00, więc dostaje kurs świąt japońskich w pigułce.

Sami-san z Brazylii, utalentowany grafik i Zimuri-san z Indonezji, cholernie biegły w szprechaniu po japańsku

Martyna-dekonstruktywistka, Wirnoza, Tanja i Yuu

Czasem chciałoby się powiedzieć, zawrzyj gębę – dzieci dobrze się bawią, słuchając 12 shamisenów.

Miło było.

Że ta scena im się nie zapadła w otchłanie…

Jishin datta no!

czerwiec 22, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Piszę teraz, ponieważ to może być moja ostatnia szansa na pożegnanie się z Wami. W ciągu 72 godzin ma podobno nastąpić silne trzęsienie ziemi. Doświadczyłam wstrząsów o sile 6.3 stopnia tuż po powrocie z Okinawy (a liczyłam na pierwszą spokojną noc od 2 tygodni;), i nie powiem, żebym wyjątkowo się tym ubawiła. Trzęsienia ziemi w Japonii zdarzają się równie często co deszczowe dni w Polsce. Jeśli wstrząs jest niewielki, to dla wątpliwie rozwijającej rozrywki gram w “co pierwsze spadnie z biurka/ lodówki/ szafy?”. Jeśli wstrząsy są silniejsze i co gorsza- pojawiają się w krótkim odstępie czasu- zaczynam się zastanawiać, gdzie podziałam paszport. Do tej pory tylko to jedno, miesiąc temu, skłoniło mnie do przemyśleń czy jeśli skacząc z okna mojego ‘apartamentu’ na 5 piętrze jestem w stanie a) przeżyć upadek b) jeśli przeżyję, czy ktoś kto zdecyduje się również wyskoczyć przez okno sumą wszystkich nieszczęść nie spadnie czasami na mnie c) oddać skok tak daleki, żeby dosięgnąć rosnącego w pobliżu drzewa i zamortyzować upadek. Niestety, szanse nikłe. Szanse na wydostanie się z budynku w czasie krótszym niż 30 sekund- równie niewielkie;)

Akademiki wyposażono w przemyślne urządzenia zwane Oriro. Jak sama nazwa wskazuje służą one temu, by bezpiecznie wydostać się z np. płonącego budynku, gdy ma się odciętą drogę wyjścia sposobem najbardziej naturalnym- zejściem schodami. Nikt jednak nie poinformował matki natury lub 7 nieszczęść, że jakakolwiek by to nie była katastrofa- powinna zachować względny spokój, okazać się cierpliwością i nie atakować znienacka, gdyż zamontowanie tego ratującego życie kołowrotka- giganta zajmuje tyle czasu ile potrzeba na wstawienie wody, wyjście na papierosa, zrobienie zakupów w pobliskim markecie, zalanie herbaty wrzątkiem i odczekanie, aż ta ostygnie, uzyskując temperaturę pokojową.

Winszuję pomysłowości konstruktorom.

Ponadto, na spotkaniu organizacyjnym na znudzenia powtarzano o tym, że rowerzystów również obowiązuje ruch lewostronny, i że nieprzestrzeganie tej prostej zasady może skończyć się urazem lub kalectwem. Zilustrowano to pięknie historiami o pozbawionych ośrodka równowagi dziewojach (co za seksizm) obutych w eleganckie pantofle , usilnie próbujących oprzeć się systemowi i propagować ruch prawostronny, co kończyło się bliskim kontaktem ciała tejże dziewczyny z szorstką powierzchnią uniwersyteckiej ścieżki (wysadzanej kafelkami, które w czasie niepogody stają się cholernie śliskie) i złamaniem paznokcia (lub paznogcia – jeśli ktoś woli “po Żeromskiemu”). Nigdy jednak nie wspomniano jak zachować sie w przypadku trzęsienia ziemi. Japończycy wiedzą, ale co z tymi biednymi stworzeniami z krajów 3 świata, gdzie ulewy to średnio, tajfuny z rzadka, a trzęsienia to wcale?

Powiem otwarcie – ja tak do końca to nie wiem, ale się zaraz “doedukuję” z odpowiedniej witryny internetowej, bo bilet powrotny już kupiłam i chcę się z Wami zobaczyć jeszcze (raz chociaż:).

A tutaj coś dla tych, których granice wyobraźni nie obejmują skutków katastrof naturalnych: http://jp.youtube.com/watch?v=hlkCyjwD4-I

i jeszcze jedno… http://jp.youtube.com/watch?v=lRmUdTfnjyU

Kilka tsukubowych klatek:

cuda natury w Tsukubie

All is full of love

Hiperballada o częściach samochodowych, zegarach, plakatach z lat 70′

Czy ktoś widział lewe oko Pana Darumy? Wysoka nagroda za informację!

W bambusowym chruśniaku ;]

Pod słońce i w ogóle bez sensu

Jakie ty masz wieeelkie okapy, a jakie pięęęęne belkowanie… Stara świątynia odkryta podczas niewinnego niedzielnego wypadu rowerowego w ramach “róbmy wszystko, byle tylko się nie uczyć”.

Uściskuję i wycałowuję!

Korea – Miasto nocą (Cz. II)

czerwiec 15, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Seul za dnia prezentuje się zupełnie inaczej niż pod powłoką nocnego nieba. W Seulu dziennym dominują zgaszone szarym pyłem i plamami oleju silnikowego barwy czerwieni, oranżu, błękitu i morskiej zieleni. Seul nocny to przede wszystkim chłodna, błyszcząca w świetle samochodowych reflektorów stal i równie zimny odcień niebieskiego i granatu odbijający się w niezliczonych metrach kwadratowych szklanych powierzchni. Podobały mi się obydwa.

Widok ze stacji Seoul- gazeta poranna

Wydanie wieczorne

Kiedy pierwszy raz opuściłyśmy nasz przytulny pensjonat Kim i udałyśmy się na rozeznanie terenu, uśmiech nie spływał mi z twarzy. Brudne ulice z workami i kartonami śmieci wystawionymi przed dom (zaczęłyśmy spacer ok. 9.00 rano), porzucone samochody, szyldy w kolorach, które toczyły nieustająca walkę ze sobą, ogólny chaos i bałagan – wszystko zdawało mi się nierealne i nadzwyczaj radosne. Sprawiało wrażenie, że ktoś urządził konkurs na akcję “wiosenne porządki”, z tym że wszystko co zbędne, stare, niepotrzebne lub niechciane znalazło się na ulicy – jak miło, jak “domowo”, jak “normalnie”. Nie przemawiało przeze mnie umiłowanie nieporządku (co innego bałagan w pokoju a co innego ulica przypominająca zaplecze sklepu spożywczego), ale tęsknota za czymś, co nie byłoby skończenie idealne, logiczne i zaplanowane. Ot, taki mały burdel na kółkach na osłodę. Ok, przesadziłam ;)

Kontrola wizerunku

Dessa po koreańsku – modelka – ekspozycja stała

Nie, to wcale nie jest kawaii. To jest po prostu sympatyczne. Pierwszy ścisk serca.

Miasto i jego mieszkańcy. Serdeczni, życzliwi, pomocni, i naprawdę spoglądają w oczy, gdy do ciebie mówią, a mijając na ulicy nie udają, że jesteś zrobiona z pleksiglasu. Szaleństwo ciepłych uczuć. Miałam wrażenie, że jestem na rehabie, który ma przywrócić mi wiarę, że 2 godziny lotem od Tokio można się czuć niemal jak w domu (i nie mam tu tym razem na myśli bałaganu;).

Widok z (w) Seoul Tower. Miły dla oka.

Koniec części II. Będzie kolejna, bankowo!

Korea – Kamsamnida (Cz. I)

czerwiec 15, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Dziękuję, czyli jedyne słowo jakie znałam, wybierając się do Korei Południowej. Nic więcej. Pierwszy raz w życiu czułam się jak prawdziwy turysta-ignorant, nie znając podstawowych zwrotów i licząc tylko na ludzką wyrozumiałość, cierpliwość oraz na łut szczęścia, że Koreańczycy są dobrzy z odgadywania mowy ciała lub gestów.

Czułam się wspaniale. Pierwszy raz od ponad pół roku opuściłam archipelag japoński, na co powinnam była się zdecydować (czy mi się zdaje, czy moja gramatyka języka polskiego zaczyna przypominać tę sprzed połowy wieku?;) wcześniej, zanim dopadł mnie jesienno-zimowy rodzaj nastroju z całą gamą odcieni marazmu, znużenia, czasem dla odmiany rozdrażnienia. Bo ogólnie to miałam chaos nieplanowanym i liczyłam na to, że ten tydzień w Korei (który koniec końców okazał się głównie tygodniem w Seulu) będzie czymś na miarę cudu w Kanie i przemieni moje mdłe ostatnio życie w coś bardziej intensywnego. Z bąbelkami.

Wybrałyśmy się we trzy- ja , Chiara i Anna, a celem głównym było spotkanie się z naszą koleżanką, Mali, która wyjechała do Korei w ramach akcji “powrót do korzeni” . Mali była pierwszą osobą spotkaną w Japonii, do której odważyłam się odezwać w państwowym języku, i która okazała mi w zamian wiele ciepła i serdeczności. Mali ma duszę artystki, ale zdroworozsądkowe podejście do życia – mieszanka zdarzająca się równie rzadko, co moje ulubione muffinki w uniwersyteckiej stołówce. Jest też jedyną Japonką, z którą mogłam SZCZERZE porozmawiać, i od której otrzymałam zawsze SZCZERĄ odpowiedź. Jej niespotykany charakter, który w dzieciństwie przysporzył jej trochę problemów, wynika stąd, że rodzice Mali są Koreańczykami, chociaż Mali urodziła się w Kyoto, gdzie jej rodzice przeprowadzili się na długo przed jej urodzeniem. No i to na czerwonym rowerze Mali poznałam każdy zakątek Tsukuby.

Wylądowałyśmy na lotnisku Incheon o 22.45. Miałyśmy niecałe 1,5 godziny na odnalezienie naszego pensjonatu w samym sercu Seulu, gdzie numeracja domów i układ ulic jest równie zagmatwany i niejasny co polskie prawo karne. Nawet uprzejmy pan taksówkarz bezradnie rozłożył ręce, kiedy poprosiłyśmy go o “dostarczenie” nas do pensjonatu Kim (było to beznadziejnie idiotyczne posunięcie, biorąc pod uwagę fakt, że 45% społeczeństwa Korei Południowej nazywa się Kim, 42%- Park, a pozostałe 3% to najprawdopodobniej gwiazdy telenowel lub figury rządowej administracji). Udało się nam jednak dotrzeć na miejsce w przepisowym czasie dzięki spotkanemu po drodze uprzejmemu mieszkańcowi okolicy, którego zaskoczył widok trzech plecaków turystycznych błądzących mrocznymi i lepkimi od oparów z ulicznych kuchni ulicami Seulu. Pan Kim (a jakże) oferował się, że może nas oprowadzić po Seulu nazajutrz, gdyż wziął właśnie urlop i nie ma konkretnych planów na słodkie dni lenistwa. Podziękowałyśmy jednak uprzejmie i wykręciłyśmy się koniecznością spotkania ze znajomą gdzieś na drugim końcu koreańskiego półwyspu. Z pewnością pan Kim nie miał nic złego na myśli, ale przyzwyczajone do japońskiej wstrzemięźliwości w kontaktach międzyludzkich;) wolałyśmy się mieć na baczności- zwłaszcza, że zakamarki ciemne, ulice puste, a jedyne słowo jakie znamy po koreańsku to kamsamnida właśnie.


“Moja prawa stopa” – na lotnisku Incheon.

Z repertuaru Anny- 3 szczęścia w nieszczęściu, czyli plaża na wyspie H.

Jeszcze nie dziś…

Mali jest z nami!

What the f… ?! Chiara wybrzydza.

Seksowne bestie w przeuroczym pubie. Mniej uroczy stosik ryżu.

A ja nadal piwa nie lubię, no:/

Nie pamiętam o czym była dyskusja…

Miejsce z widokiem na zatokę, skrzeczące mewy i niedzielnych spacerowiczów. Światło w tym pomieszczeniu było niesamowite, sprawiało, że wszystko aż skrzyło się i ociekało słonecznym blaskiem. Cu-do!

Koniec części pierwszej. To be continued. Zmęczyłam się.

Przelotem

marzec 22, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Wesołych Świąt!

Zasypało? Mnie też.

okolice Hakone, płw. Izu

sun in my mouth

luty 4, 2008 - autor: itsnotuptoyou

Jak najłatwiej stracić poczucie rzeczywistości i czasu w Japonii? Wypełniając każdą przerwę między zajęciami kawą z 自動販売機, z コンビニ, ze Starbucks Coffee albo przyrządzoną w zaciszu własnego pokoju, co skutecznie uniemożliwia zaśnięcie. Niestety, nie tylko w czasie zajęć. Nie sypiam, moi mili, najlepiej. Przeobraziłam się w nietoperzycę Martynę, która z sińcami pod oczyma, włosem rozwianym, na krwistoczerwonym Bridgestonie przemierza trasę akademik- uniwersytet codziennie około godziny 9.00.

Jak najskuteczniej skrzywdzić, obezwładnić, ubezwłasnowolnić obcokrajowca w Japonii? Odciąć mu internet. Nie pisałam tak długo, bo mój pokój stał się ofiarą wojny światów. Przyszli panowie w niebieściutkich kombinezonach, postukali w ściany, poklepali kolanka rur, pogłaskali przewody i zwinęli internet. Dranie.

W takich chwilach wizja popadnięcia w obłęd staje się niebezpiecznie prawdopodobna.

Żyłam więc jak ten plioceński australopitek na dnie swego Wielkiego Rowu, w wiadomościowej głuszy, w dziczy beznecia, w ciemności niewiedzy co się w świecie dzieje. Nie był to najszczęśliwszy okres, nie tylko z tak prozaicznego powodu jak separacja ze światem, gdzie zostawiłam na jakiś czas swoje prawdziwe życie. Ale o smutkach nie będzie (ileż w końcu można). Jestem naprawdę szczęśliwa, jestem naprawdę szczęśliwa, jestem naprawdę szczęśliwa, jestem naprawdę szczęśliwa (coś w stylu autowizualizacji, ale działa!) i te chwile (czy też dni), kiedy nad głową zbierają mi się ołowiane chmury, a ja jak zwykle posiałam gdzieś mój 210 yenowy parasol o wyglądzie rozpłaszczonej meduzy, nie zmienią faktu, że przytrafiło mi się coś wspaniałego. Tylko czasem zbyt łatwo o tym zapominam.

Będzie seria zdjęć. W sumie nic interesującego, ale wszystko przede mną! Jestem w połowie 3 trymestru, niedługo egzaminy i wakacje! Zdaję sobie sprawę jak dziwnie to brzmi, i trochę głupio mi wspominać o wakacjach, kiedy Wasze boje sesyjne jeszcze nie zakończone… A zdjęcia przeróżne, tym razem bez motywu przewodniego.

Nowy Rok

Nowy Rok, coś koło 2.57. Tokio. Potwory i spółka.

excelsior cafe

1 stycznia, pierwsza kawa

ciacho

pierwsza kanapka…

good morning baby

pierwsze problemy…

coffee and...

pierwszy papieros…

hard rock, a  jakze

Emanuele i jego problemy z łapaniem poziomu

roppongi

poranek w Roppongi 5 rano

widok na Tokio (a przynajmniej w zamiarze…;)

tokyotower

Tokyo Tower

Dziękuję za uwagę. Ale odzewu głośniejszego się domagam, co się stało z Mango??? A…właśnie, Machniku, my dear, czekam na te opowiadania… Ściskam, duszę, tłamszę.