Martyna z kluchą w gardle odchodziła w stronę lśniących złowrogo barierek. Wiedziała, że spoza nich nie ma już powrotu. Starała się nie wybiegać za daleko w przyszłość, która szczerzyła kły i buchała oparami siarki z nozdrzy. Jedna bramka, druga, trzecia- amen. To jak przekraczanie kolejnych kręgów piekła Dantego- pomyślała i jeszcze bardziej spowolniła krok. Mijali ją dziarsko idący pasażerowie tego samego samolotu, którym obiecano niebo. Martyna nie wiedziała, gdzie trafi.
Paryż powitał ją znośną pogodą i szerokim uśmiechem nienaturalnie białych zębów pań z obsługi naziemnej lotniska. Kiedyś obiecała sobie, że jeszcze tu wróci na dłużej. To nie był jednak ten moment, więc ogarnąwszy wzrokiem układankę z betonowych, stalowych i szklanych klocków pod wezwaniem Charlesa de Gaule’a, podreptała obładowana jak posagowy wielbłąd w stronę terminalu 2F. Tam spłynęło na nią coś w rodzaju łaski pod postacią szczupłej Japonki, która ni stąd ni zowąd odezwała się w najukochańszym, najdoskonalszym i najpiękniejszym języku polskim. Dziewczyna ocaliła ten wielogodzinny lot (10). Kiyomi i Martyna, siedząc obok siebie (dzięki uprzejmości pewnej Polki), rozprawiały w najlepsze o pakiecie Adobe, wyższości Illustratora nad Corelem, przydatności Flasha i własnym ‘graphic design office’ w Londynie (Kiyomi studiuje w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych w Warszawie). Pozwoliły, by czas sączył się spokojnie, odmierzany pojawianiem się kolejnych rarytasów w ograniczonych ramach cateringowej klasy ekonomicznej. Vanilla delight przyniosła przekrwionym oczom głęboki sen, a zdobiące okno kryształki lodu migotały w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
***
Wschód słońca byl równie kiczowaty, ale było to słońce próbujące wydostać się spod pierzyny cumulusów i przeganiające po niebie puszyste baranki cirrusów. A kiedy wreszcie wzeszło i skończył się ‘Spiderman 3′ (nawet nie próbujcie!), głos z kokpitu poinformował mnie o wychylającym się zza lewej strony Fuji-sanie, któremu nie starcza pozycja hegemona wśród widokówkowych i biuletynowych tematów przewodnich. Wzięłam ostatni łyk klimatyzowanego powietrza i z tobołami uwieszonymi jak u mongolskiego pastucha wytoczyłam się w mushiatsui atmosferę Honshu.

Jest duszno i lepko.
Polecam na ochłodo-osłodę coś autorstwa Skromnej myszy: (tytuł w tytule;) oraz ‘The good times are killing me’. :* w cokolwiek chcecie (byle cenzuralnie;)
Następne doniesienia z kraju miliona owadów wkrótce.


