Archiwum z sierpień, 2007

‘talking shit about a pretty sunset’

sierpień 30, 2007

Martyna z kluchą w gardle odchodziła w stronę lśniących złowrogo barierek. Wiedziała, że spoza nich nie ma już powrotu. Starała się nie wybiegać za daleko w przyszłość, która szczerzyła kły i buchała oparami siarki z nozdrzy. Jedna bramka, druga, trzecia- amen. To jak przekraczanie kolejnych kręgów piekła Dantego- pomyślała i jeszcze bardziej spowolniła krok. Mijali ją dziarsko idący pasażerowie tego samego samolotu, którym obiecano niebo. Martyna nie wiedziała, gdzie trafi.

Paryż powitał ją znośną pogodą i szerokim uśmiechem nienaturalnie białych zębów pań z obsługi naziemnej lotniska. Kiedyś obiecała sobie, że jeszcze tu wróci na dłużej. To nie był jednak ten moment, więc ogarnąwszy wzrokiem układankę z betonowych, stalowych i szklanych klocków pod wezwaniem Charlesa de Gaule’a, podreptała obładowana jak posagowy wielbłąd w stronę terminalu 2F. Tam spłynęło na nią coś w rodzaju łaski pod postacią szczupłej Japonki, która ni stąd ni zowąd odezwała się w najukochańszym, najdoskonalszym i najpiękniejszym języku polskim. Dziewczyna ocaliła ten wielogodzinny lot (10). Kiyomi i Martyna, siedząc obok siebie (dzięki uprzejmości pewnej Polki), rozprawiały w najlepsze o pakiecie Adobe, wyższości Illustratora nad Corelem, przydatności Flasha i własnym ‘graphic design office’ w Londynie (Kiyomi studiuje w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych w Warszawie). Pozwoliły, by czas sączył się spokojnie, odmierzany pojawianiem się kolejnych rarytasów w ograniczonych ramach cateringowej klasy ekonomicznej. Vanilla delight przyniosła przekrwionym oczom głęboki sen, a zdobiące okno kryształki lodu migotały w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

***

Wschód słońca byl równie kiczowaty, ale było to słońce próbujące wydostać się spod pierzyny cumulusów i przeganiające po niebie puszyste baranki cirrusów. A kiedy wreszcie wzeszło i skończył się ‘Spiderman 3′ (nawet nie próbujcie!), głos z kokpitu poinformował mnie o wychylającym się zza lewej strony Fuji-sanie, któremu nie starcza pozycja hegemona wśród widokówkowych i biuletynowych tematów przewodnich. Wzięłam ostatni łyk klimatyzowanego powietrza i z tobołami uwieszonymi jak u mongolskiego pastucha wytoczyłam się w mushiatsui atmosferę Honshu.

biało było

 

 

Jest duszno i lepko.

Polecam na ochłodo-osłodę coś autorstwa Skromnej myszy: (tytuł w tytule;) oraz ‘The good times are killing me’. :* w cokolwiek chcecie (byle cenzuralnie;)

Następne doniesienia z kraju miliona owadów wkrótce.

it’s not up to you, well it never really was

sierpień 26, 2007

Martyna wkracza w nową erę, opuszcza pachnący mydłem Biały Jeleń zaścianek ostrzeszowski i wychyla czujnego nosa w kierunku bardzo dalece wschodnim. Ciąg przyczynowo skutkowy, który zaprowadził ją aż tutaj, nadal pozostaje dla niej niezbadaną zagadką kosmosu, tajemnicą bardziej zawikłaną niż wantowy związ żeglarski, czymś tak niepojętym jak chińskie ciasteczko bez wróżby lub brak monety pod poduszką po wizycie zębowej wróżki.

Z kołatającym sercem, głową pełną sprzecznych myśli i smolistych wizji, z walizką babci (bo zamówiona kurierem nie dotarła na czas) udaje się z prowincji ku nowemu, lepszemu światu. Ku krainie wiecznej szczęśliwości, kulkowych gier hazardowych i podgrzewanych desek sedesowych. Martyna nie wie niczego na pewno. Spodziewa się tylko, że będzie chorobliwie tęsknic za tymi, którzy zdołali ją oswoić. “Jest to pojęcie zupełnie zapomniane”- powiedział lis. Z tym zdaniem Martyna zgodzić się nie może.

Będę za Wami tęsknic! Bez względu na to, czy wyśmiewacie się z mojej teorii jemioły, nazywacie mnie starą prukwą lub (o zgrozo!) Martynką.

mañana, kochana

mac

na Zywca!

Sponsor edycji: Björk – “It’s not up to you”