„Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła, Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”

By itsnotuptoyou

Z cyklu opowieści biblijne.

Ale najpierw przeprosiny i samokrytyka. Że mi Święta migiem minęły i żadnych życzeń, żadnego Wesołych, Pogodnych, żadnego całowania i serdeczności ode mnie nie było. Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam.

Zresztą, takie te Święta bożonarodzeniowe były jak i cała Japonia jest tradycją chrześcijańską bogata. Trzeba było się dostosować w miarę skromnych możliwości sklepu z artykułami spożywczymi z importu. Yamaya się miejsce to zowie i zawdzięczam mu wiele. Przede wszystkim przypływ niespodziewanej fali wzruszenia, które mnie ogarnęło na widok 500 gramowego słoja z kiszoną kapustą oraz tej samej pojemności z ogórkami produkcji rodzimej, firmy Krakus. Jeśli ktoś by mi kiedyś powiedział, że łzy do oczu mi napłyną na widok kiszonek, dałabym przez łeb.

Tydzień wcześniej, zakończywszy dyżur podczas świątecznego przedstawienia w szkółce, do której uczęszczam (w roli nauczycielki, żeby nie było), odbyło się party z udonem, onigiri, okonomiyaki, ryżem w wydaniu indyjskim i indykiem wielkim jak fiat 126p w rolach głównych. Poza tym, ku mej uciesze, były świąteczne truskawki. Chociaż potrawy szybko znikały w żołądkach drapieżnych gości, upolowałam co nieco dla siebie. I to małe co nieco skutecznie utrudniło mi powrót do domu. Było ciemno, zimno i deszczowo, a ja miałam wrażenie, że będę poruszać się sprawniej, jeśli zacznę się turlać.

Pozwólcie, że powiem troszku o imprezie. Atmosfera prawdziwie santakrauzowa- matki wzruszone moim rewelacyjnym kontaktem z ich córkami, dziewczęta rozentuzjazmowane publicznym występem, bez koordynacji ruchów i skali głośności głosu, ojcowie jak wielcy bracia, każdy z trzecim okiem kamery w dłoni i nikonem, sony czy innym canonem u szyi.
Uroczo, dzwoneczkowo i reniferowo. 3 godziny takiego cyrku w barwach bieli, czerwieni i zieleni. A potem już tylko wizyta Mikołaja (w którego wcielił się nieco opalony kolo z Meksyku), słodycze do łapki i krzyżyk na drogę. Miałam więc swoją wigilię niezbyt postną, ale sytą i kulturowo fascynującą.

A moje Tsukubowe Święta wraz z innymi ‘looserami’, którzy nie wrócili do kraju, nie polecieli na Okinawę lub na jedną z tajskich wysepek, ujeżdżonych przez kamratów ze skutej lodem Europy, były… ciekawe. Zaczęło się od tym, że zawartość półmiska z rybą ‘po grecku ‘(pokażcie mi Greka, który widział tę potrawę u siebie) zjechała mi elegancko na płaszcz podczas próby transportu do akademika, w którym wspólna wigilia odbyć sę miała. Tak, bo ja spędziłam 2 godziny na szukaniu odpowiednich składników (pietruszki nie uraczysz) i 3 kolejne na przygotowywaniu ryby w warzywach z przewagą aromatu pomidorowego. Na 2 palnikach gazowych i z 2 rondlami, jednym dużym, drugim… na 2 marchewki w niezbyt sympatycznej kuchni Oikoshi, gdzie przyszło mi wegetować. Wyszło mi tej ryby sporo i warzyw w pieruny, z powodzeniem dla 15 osób, które miały świętować docelowo narodzenie Pana. “Wykąpana, pachnąca i promienna”, balansując dwoma talerzami z rybą, udałam się na drugi koniec świata, do krainy zwanej Ichinoya. Po drodze natrafiłam na znajomych, którzy wsadzili mnie i moje “dzieło” do swojej Toyoty w wersji van. Cieszyłam się niezmiernie, że oszczędzono mi 30 minutowego spaceru w tak przenikliwie chłodny wieczór, za wcześnie jednak. Ryby trzymały się w przepisowej pozycji podczas jazdy, ale podczas próby wydostania się na zewnątrz podjęły bunt i obryzgały mnie czerwonawą plamą gdzieś pomiędzy 2 a 4 guzikiem. Dotarłam zatem zdenerwowana i zalatująca rybą. Ale, kiedy już na miejscu, lekko wstawiona grzanym winem (taa, nie ma to jak Polak na obczyźnie- wie, co się komu spodoba) koleżanka z Chin, wylała mi na spodnie zawartość swego kieliszka, urodzony w Rosji, a dorastający w Izraelu postawny kolega, zrzucił mi przepyszny sycylijski deser czekoladowy na plamę zostawioną przez wino- było mi już wszystko jedno. W sumie, lepiej pachnieć dojrzewającymi w słonecznej Toskanii gronami, pomarańczami z Południa, goździkami i cynamonem, niż- chociażby najlepszą- rybą.

Było nas sporo- sierotek, które wszystkie swe tęsknoty za tradycyjnymi świętami ulokowały w naprędce sklecone z tego co było pod ręką para-wigilijne potrawy z różnych części świata. Były więc “wigilijne” migdałowe ciasteczka pieczone w tosterze (!) i “wigilijne” kulki czekoladowe z masłem orzechowym- to z USA (autorstwa Stacy i Katie), był i czaj indyjski, dobrze przyprawiony, pyszny i aromatyczny. “Wigilijny”, a jakże. Był sycylijski deser świąteczny z czekolady i papryczek chilli, wykonany przez mistrzynię Chiarę, była domowa wersja bruschietty, sporządzona przez cudownego Emanuele, szkolnego kolegę włoskiej piękności. Był tez sernik z jagodami! Świąteczne danie z Filipin, na widok którego doznałam objawienia mojej cioci Wiolety, mistrzyni sernika z brzoskwiniami, miodownika i skubańca, którą cała rodzina podejrzewa o zaprzedanie duszy diabłu w zamian za szatańskie zdolności, ugniatającej ciasto i wyrabiającej ser. No i była moja ryba, a raczej to co z niej zostało (zniknęła w tempie ekspresowym, wśród licznych mlaśnięć, oblizywań jednorazowych sztućców, pomrukiwań i słów, że co jak co, ale polska kuchnia jest wyśmienita, i chociażby z tego powodu, warto kraj ten odwiedzić).

Zanim jednak zaczęliśmy napełniać wynędzniałe na obentowym żarle żołądki, złożyliśmy sobie życzenia i co odważniejszy zaśpiewał nawet kolędę w swym języku. Potem było smacznie, a po grzanym winie- bardzo wesoło. A że noc długa i piękna, pochód 4 niedobitków wigilijnych, jedni z kubkiem kawy z automatu, inni z indyjskim papierosem marki Garam (o aromacie goździków) w dłoni- zakończył się na dach budynku uniwersyteckiego, okupowanego przez studentów sztuki. Widok zapierał dech w piersiach, meteory z roju Ursydów uprzyjemniły nam chwile, spadając świetlistymi wstęgami przez granat nieba, po raz pierwszy w życiu widziałam tez tak olbrzymie i wyraźne halo wokół księżyca. Mieliśmy wrażenie, że niebo się otwarło i za chwilkę zostaniemy wessani, z papierowymi kubkami po kawie, ze smużkami dymu papierosowego, mimo ciężaru, jaki stanowiła “wigilijna” zawartość naszych świątecznych żołądków.

Mam nadzieję, że Wasza Wigilia była taką, za którą się tęskni, gdy jest się z dala od domu, rodziny i przyjaciół.

A cytat z tytułu pochodzi z utworu Lechonia pt.”Spotkanie”, bo mi się tak jakoś na Dantego i poezję polską zebrało ostatnio. Mua w nosy!!!

wg

Wigilijny stół i Chiara w tle.

wg1 wg2

Stacy i Tina dzielnie walczą z rybą.

sc

Chiara i Stefan, w tle życie ratujący i zawsze pod ręką ‘kombini’ oraz uniwersyteckie biuro podróży dla ubogich, plan pierwszy- niesmaczny jogurtopodobny wyrób.

swer

Chcę mieć dziecko. Dzieci. Duuużo małych japońskich dziewczynek! (1 kwietnia)

Tagi: , , , ,

Jedna odpowiedź do “„Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła, Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma””

  1. Goose mówi:

    Cześć Martajna!

    Jak widzisz, nie Tobie jednej “Święta zleciały” i jakoś nic się nie napisało. ;) Ale już czas na moje tradycyjne trzy grosze. Spostrzeżenia są następujące:
    - co by nie mówić o Twojej Wigilii, jakichby przymiotników nie używać, na pewno nie można jej odmówić jednego: “ciekawa”
    - mam nadzieję, że Stacy i Tina są sympatyczniejsze, niż wyglądają na zdjęciach. Tina natomiast nie wygląda na zachwyconą polską kuchnią, ale jestem przekonany, że to niechlubny wyjątek.
    - z małymi japońskimi dziewczynkami rzeczywiście raczej się nie spiesz – szkoda by Cię było dla jakiegoś japońskiego pokurcza. ;p A poza tym pamiętasz, co Hucher o nich zawsze mówił… ;> ;p

    Na koniec za życzenia publicznie dziękuję, a więcej to wiesz… Na priva poszło, jak pamiętasz. ;) Następny post pewnie poczeka jeszcze parę dni na mój nieuchronny komentarz. Czymaj się, jak mawiają w Krakowie!

Dodaj komentarz