Korea – Kamsamnida (Cz. I)

By itsnotuptoyou

Dziękuję, czyli jedyne słowo jakie znałam, wybierając się do Korei Południowej. Nic więcej. Pierwszy raz w życiu czułam się jak prawdziwy turysta-ignorant, nie znając podstawowych zwrotów i licząc tylko na ludzką wyrozumiałość, cierpliwość oraz na łut szczęścia, że Koreańczycy są dobrzy z odgadywania mowy ciała lub gestów.

Czułam się wspaniale. Pierwszy raz od ponad pół roku opuściłam archipelag japoński, na co powinnam była się zdecydować (czy mi się zdaje, czy moja gramatyka języka polskiego zaczyna przypominać tę sprzed połowy wieku?;) wcześniej, zanim dopadł mnie jesienno-zimowy rodzaj nastroju z całą gamą odcieni marazmu, znużenia, czasem dla odmiany rozdrażnienia. Bo ogólnie to miałam chaos nieplanowanym i liczyłam na to, że ten tydzień w Korei (który koniec końców okazał się głównie tygodniem w Seulu) będzie czymś na miarę cudu w Kanie i przemieni moje mdłe ostatnio życie w coś bardziej intensywnego. Z bąbelkami.

Wybrałyśmy się we trzy- ja , Chiara i Anna, a celem głównym było spotkanie się z naszą koleżanką, Mali, która wyjechała do Korei w ramach akcji “powrót do korzeni” . Mali była pierwszą osobą spotkaną w Japonii, do której odważyłam się odezwać w państwowym języku, i która okazała mi w zamian wiele ciepła i serdeczności. Mali ma duszę artystki, ale zdroworozsądkowe podejście do życia – mieszanka zdarzająca się równie rzadko, co moje ulubione muffinki w uniwersyteckiej stołówce. Jest też jedyną Japonką, z którą mogłam SZCZERZE porozmawiać, i od której otrzymałam zawsze SZCZERĄ odpowiedź. Jej niespotykany charakter, który w dzieciństwie przysporzył jej trochę problemów, wynika stąd, że rodzice Mali są Koreańczykami, chociaż Mali urodziła się w Kyoto, gdzie jej rodzice przeprowadzili się na długo przed jej urodzeniem. No i to na czerwonym rowerze Mali poznałam każdy zakątek Tsukuby.

Wylądowałyśmy na lotnisku Incheon o 22.45. Miałyśmy niecałe 1,5 godziny na odnalezienie naszego pensjonatu w samym sercu Seulu, gdzie numeracja domów i układ ulic jest równie zagmatwany i niejasny co polskie prawo karne. Nawet uprzejmy pan taksówkarz bezradnie rozłożył ręce, kiedy poprosiłyśmy go o “dostarczenie” nas do pensjonatu Kim (było to beznadziejnie idiotyczne posunięcie, biorąc pod uwagę fakt, że 45% społeczeństwa Korei Południowej nazywa się Kim, 42%- Park, a pozostałe 3% to najprawdopodobniej gwiazdy telenowel lub figury rządowej administracji). Udało się nam jednak dotrzeć na miejsce w przepisowym czasie dzięki spotkanemu po drodze uprzejmemu mieszkańcowi okolicy, którego zaskoczył widok trzech plecaków turystycznych błądzących mrocznymi i lepkimi od oparów z ulicznych kuchni ulicami Seulu. Pan Kim (a jakże) oferował się, że może nas oprowadzić po Seulu nazajutrz, gdyż wziął właśnie urlop i nie ma konkretnych planów na słodkie dni lenistwa. Podziękowałyśmy jednak uprzejmie i wykręciłyśmy się koniecznością spotkania ze znajomą gdzieś na drugim końcu koreańskiego półwyspu. Z pewnością pan Kim nie miał nic złego na myśli, ale przyzwyczajone do japońskiej wstrzemięźliwości w kontaktach międzyludzkich;) wolałyśmy się mieć na baczności- zwłaszcza, że zakamarki ciemne, ulice puste, a jedyne słowo jakie znamy po koreańsku to kamsamnida właśnie.


“Moja prawa stopa” – na lotnisku Incheon.

Z repertuaru Anny- 3 szczęścia w nieszczęściu, czyli plaża na wyspie H.

Jeszcze nie dziś…

Mali jest z nami!

What the f… ?! Chiara wybrzydza.

Seksowne bestie w przeuroczym pubie. Mniej uroczy stosik ryżu.

A ja nadal piwa nie lubię, no:/

Nie pamiętam o czym była dyskusja…

Miejsce z widokiem na zatokę, skrzeczące mewy i niedzielnych spacerowiczów. Światło w tym pomieszczeniu było niesamowite, sprawiało, że wszystko aż skrzyło się i ociekało słonecznym blaskiem. Cu-do!

Koniec części pierwszej. To be continued. Zmęczyłam się.

Tagi: ,

Odpowiedzi: 4 do “Korea – Kamsamnida (Cz. I)”

  1. Mango mówi:

    HA! Wielki powrót Martyny! Stęskniłam się:* Wypościłaś nas trochę tą wstrzemięźliwością w pisaniu:)
    Kiedy wracasz na ojczyzny łono?
    :)

  2. Goose mówi:

    Nooo, wreszcie! Nie mogę się niestety powstrzymać przed “krotochwilnie idio(ma)tycznym” komentarzem do zdjecia z nogą i lotniskiem: “you just had to put your foot in Korea, didn’t you?!” ;p

  3. itsnotuptoyou mówi:

    fetyszowskie, co nie?;)

  4. Goose mówi:

    O tak, nieziemsko. Czarnobiały trampek to ponoć jeden z najpopularniejszych fetyszy. Aż dziw, że lokalne służby porządkowe nie zainteresowały się takim wyuzdaniem w miejscu publicznym.

Dodaj komentarz