Hop, hop. Nadal żyję. Natura zawiodła i wystrychnęła sejsmologów na dudków. Dzięki jej opieszałości mogłam “spokojnie” dokończyć mój trzeci (a oficjalnie pierwszy w nowym roku) trymestr akademicki. Obyło się bez herbatek z melisy i nadpobudliwości psychoruchowej spowodowanej ogólnym rozdrażnieniem i nadużywaniem kawy. Ale tradycyjnie kilka nocy “zawaliłam” – to chyba taki “stały element gry” w życiu studenta, prawda?
W ramach “Dziś los na loterii niespodziewanego szczęścia wygrywa…Martyna!” zdałam kosmiczny test z moich ulubionych zajęć profesora Kleinschmitta i nie musiałam głowić się nad pracą pisemną. Ha! Chociaż i to nie byłoby większym problemem, bo zajęcia z tym łysiejącym, starszym panem, który jest autorem kilkudziesięciu rozpraw na przeróżne tematy (od plemion afrykańskich począwszy a na XVII-wiecznych ‘bayonets’ skończywszy), to była więcej niż przyjemność. Jednak tylko ryuugakuseie i wyjątki narodowości japońskiej były w stanie tę przyjemność ścierpieć przez 3 godziny z rzędu.
Być może w świetle wszystkich poprzednich postów, w których zwykłam zrzędzić, utyskiwać na to, co się tutaj dzieje, zabrzmi to zaskakująco – będzie mi ciężko wyjechać. Powinnam przeredagować wcześniejsze wpisy. Pisałam zawsze pod wpływem jakichś negatywnych doświadczeń, w ciągu dni, kiedy ani na moment nie przestawało padać, a prawda jest taka, że wcale nie było źle. Jeśli spojrzy się na to z perspektywy nauki i studiów- ok, żadnych cudów na kiju, system nauczania w Japonii leży i kwiczy, wszystko jest zorganizowane jak armia pruska, a w sumie rezultaty tego drylu nikłe. Ale z drugiej strony- spójrzmy prawdzie w oczy- wzięłam dziekankę, z jakiej racji miałabym się zaharowywać, skoro psu na budę potrzebne są oficjalne wyniki, punkty, kredyty, oceny, czy jakby tego nie nazwać. Wszystko, co robiłam, starałam się wykorzystać maksymalnie dla siebie. Zajęcia z wydziału sztuki dały mi tyle przyjemności, że starczyło na pokrycie strat moralnych poniesionych w czasie niektórych zajęć z japońskiego.
Japońskie znajomości (takie fest- odwiedziny u rodziny, wspólne obiadki, puci-puci z dziećmi) pojawiły się zaledwie 1,5 miesiąca temu i teraz nadganiam cały stracony czas. Ale to, co wcześniej wydawało mi się niemożliwe, w jakiś naturalny sposób stało się dostępne. Mam jeszcze miesiąc i 23 dni, żeby się tym wszystkim nacieszyć. Niby trochę czasu jest, ale prawda jest taka, że teraz, kiedy chciałabym móc go momentami zatrzymać, upływa jak szalony.
Kilka fotek z wczorajszego “ostatniego pożegnania”. Trochę smutnawo mi się robi na myśl, że prawdopodobnie nigdy w życiu nie będę miała okazji, by spotkać się z tymi ludźmi. Ale ok. Nie da się zatrzymać całego świata dla siebie.
najlepszy wydział na uniwersytecie i jego najlepsza załoga.
Jens w kosmosie. Plakat promocyjny Jensa w ramach próby dostania się na pokład wahadłowca w programie JAXA.
Pierwszy Japończyk, z którym udało mi się ‘porozmawiać’, i tak jakoś zeszło na koleżeństwo drogą naturalną… Yoshiki, Jens robi za tło.
Nie pora na krówki i koniki, ale Jens wylatuje jutro o 6.00, więc dostaje kurs świąt japońskich w pigułce.
Sami-san z Brazylii, utalentowany grafik i Zimuri-san z Indonezji, cholernie biegły w szprechaniu po japańsku
Martyna-dekonstruktywistka, Wirnoza, Tanja i Yuu
Czasem chciałoby się powiedzieć, zawrzyj gębę – dzieci dobrze się bawią, słuchając 12 shamisenów.
Miło było.
Że ta scena im się nie zapadła w otchłanie…







